Dziennik w Czasach Wirusa. Sztuka samotności – Po prostu dzień, po prostu godzina

            Po prostu dzień, po prostu godzina

            Nie ma sensu.

            Bezsens jest teraz modny, właściwie zawsze był, bo cóż ciekawego jest w sensie? Sens to sens – prosta droga, dookoła przestrzeń i tyle. Stwierdziłem, że bezsensu jest liczyć dni i godziny, skoro dni są kalkami swoich poprzedników, jak tacy nudni władcy, którzy nie wnoszą nic ciekawego ludziom do życia. Zaprzestałem, ale czy czuję się lepiej? Trudno stwierdzić. Można spojrzeć na to w ten sposób, że przecież daje mi to poczucie wolności, poczucie, że nie jestem skrępowany przez dni i godziny, minut, sekundy itd. Z drugiej strony bez tego mam wrażenie, że przeżywam dzień świstaka, a to jedno z najgorszych uczuć na świecie – utknąć w moim ciele na zawsze, do końca świata i przeżywać w kółko ten sam dzień. Później myślę sobie:

            – Przemek, przecież zawsze tego chciałeś.

            – Tylko czego? 

            Zaraz, zaraz. Pytam sam siebie?

            – Tak, nie martw się, nie zwariowałeś – mówi jakiś głos.

            Słyszę głos, ale czy jest on głosem rozsądku?

            – Nie – odpowiada ten drugi Ja. – Jestem tobą.

            – Czego chciałem? – wracam do początku.

            – Właśnie tego, spójrz tylko, to przecież sytuacja, o której zawsze marzyłeś – mówi.

            Czy jestem w ukrytej kamerze? Słuchaj jeden z drugim albo wyłazicie z tych szaf, albo przysięgam, że się zdenerwuję! Myślicie, że jest mi do śmiechu? Jestem nieprzygotowany na wasze gierki, poza tym bardzo źle prezentuję się w obiektywie, halo?

            – Przestań krzyczeć – odzywam się znowu ten sam głos. – Przecież dobrze wiesz, że nikt cię nie słyszy.

            – Masz rację, dobrze, dobrze. Złość nie jest teraz wskazana.

            – Widzisz, jak chcesz, to potrafisz! Aczkolwiek miałem już pewne wątpliwości – dodał.

            – Wątpliwości?

            – Tak, nie byłem przekonany czy aby na pewno twoje marzenie jest prawdziwie, ale teraz wiem, że przecież to niemożliwe, żeby było nieprawdziwe, bo przecież jesteś marzycielem, do tego uznajesz się za człowieka niebywale szczerego. Zatem ufam ci, bo właściwie jesteśmy tą samą osobą.

             – Do cholery! Jakie marzenie? – pytam setny raz.

            – Udajesz, prawda? – śmieje się ze mnie, ma mnie za idiotę. Pocieszenie jest takie, że jeśli ja jestem kretynem, to ten drugi także nim jest. Najgorzej utknąć ze swoim idiotyzmem samemu, we dwójkę zawsze jest raźniej.

            – Nie, nie udaję, nie wkurwiaj mnie i mów!

            – Ech, dobrze zgadzam się, aczkolwiek nie wiem, czy nie próbujesz zrobić ze mnie kretyna.

            – Pytam o to samo!

            – Dobrze już dobrze. Popatrz tylko – teraz rozumiem, jak bardzo irytujący jestem. Zwlekam, udaję inteligenta, poczuwam się za drogowskaz wszystkich zbłąkanych ludzi, tymczasem okazuje się, że jestem po prostu chodzącym wkurwieniem o masowym polu rażenia – co się dzieje. To wszystko jest jak z twojego marzenia, przecież tak bardzo chciałeś zapominać świat, zostać sam na końcu czyichś ust, chyba sam rozumiesz? Zawsze mówiłeś, że będziesz wszystkich przepraszał, ale że to już nie będziesz ty, później mówiłeś, że wcale ciebie nie ma, że znikasz, że spadasz do góry nogami gdzieś, że oddałeś serce i myślałeś, że będziesz żył – zaśmiał się. – Ty głupcze, nadal nie rozumiesz? To ja ci powiem dalej: zawsze przyciągało cię to, co brzydkie, co nie? Najbrzydsze zachody słońca, to miasto, w którym warto, jest być złym, smutne dziewczęta i smutni chłopcy, kwaśne melodie miasta, deszcz, grad, burza, te wszystkie bezsenne noce, tak naprawdę bardzo to wszystko lubisz. Mówiłeś tak i mówiłeś inne rzeczy. Zawsze chciałeś uciec, to teraz masz! Wszyscy uciekli i wszystko uciekło od ciebie. I teraz można rzec, że nie istniejesz. Nie wierzyłeś, że marzenia się spełniają, dlatego informuję cię o tym, bo widzę, że chodzisz jakiś nieswój, kolego. Taki… jakby to rzec – zamyślił się. – Taki nieobecny, jesteś w amoku, ale to zupełnie normalne, bo choć chciałeś, żeby to się spełniło, to nie byłeś przygotowany, że to pojawi się tak szybko. Musiałeś poczekać zaledwie dwadzieścia dwa lata, to nic w porównaniu z tym, ile czekają inni ludzie. To przyszło do ciebie bardzo szybko, chyba jesteś szczęściarzem! Aha! Zapomniałem, że mówiłeś także, że szczęście nie istnieje, bardzo wątpiący z ciebie człowiek. Przyjaźni nie ma, miłości nie ma, szczęścia nie ma, ciebie? Oczywiście! Brawo, brawo! Ciebie też nie ma. Wiesz, co? Wydaję mi się, że teraz mógłbyś pojąć te wszystkie rzeczy, które poddawałeś wątpliwości, bo chyba spełnienie marzenia jest osiągnięciem jakiegoś szczęścia, prawda? Ach, głupcem bym był, gdybym pozwolił sam się tak oszukać. Zrozum, że to nie świat jest zepsuty, choć nie jest z nim dobrze, tylko to ty jesteś zepsuty. No ale los, którego oczywiście nie ma, w końcu się do ciebie uśmiechnął i pokazał ci, że masz rację, bo przecież zawsze ją masz. Nigdy nie potrafiłeś odpowiedzieć sobie na zadane sobie pytania, dlatego pojawiam się Ja i odpowiadam. Męczyłeś się z tym, a ja się temu przyglądałem. Było ci ciasno w twojej skórze, ale teraz obiecuję ci, że będzie lepiej, luźniej, swobodniej, bo przecież samotność nie powinna być ciasna, skoro jest ci tak bliska. Nie mogłem zrozumieć tej twojej odwrotności, alternatywności do tego, co wszystkim znane, nie mogłem zrozumieć dlaczego, coś cię uwiera, dlaczego jesteś niespokojny, dlaczego się wiecznie bałeś, nie spałeś i płakałeś, ale teraz rozumiem – byłeś niezadowolony, że jesteś tym, kim jesteś. No i może nie wychodzę naprzeciw wszystkim twoim oczekiwaniom, natomiast spełniam jedno z prymarnych dla ciebie marzeń.

            – Poczekaj! Co to znaczy?

            – To znaczy, że jesteś sam! Ha, ha, ha! Rozumiesz? Samiutki jak paluszek. Zawsze twierdziłeś, że każdy ma cię w dupie, to teraz zostałeś z tych wszystkich dup wysrany, a jak wiemy: gówno spuszcza się w kiblu. Nie bierz tego do siebie, to tylko pierwsze lepsze porównanie, bo przecież oboje wiemy, że gównem nie jesteś, choć tutaj rodzi się pytanie: mówiłeś też, że przecież ludzie są gównem, a więc z drugiej strony takie porównanie nie powinno być dla ciebie oblegą, aczkolwiek wolałem przeprosić, bo przecież mówiłeś, że nikt nigdy cię nie przeprosił za nic, więc pojawiam się Ja i dogadzam, jak mogę, aczkolwiek wiem, że trudno Panu dogodzić.

            – Zwolnij! Zwolnij! Jak samotny, o czym ty mówisz? Dlaczego ty w ogóle mówisz, co?!

            – Samotność. Czego nie rozumiesz? Przecież definiowałeś to pojęcie wiele razy w tych wszystkich twoich książkach i piosenkach. Powiem szczerze, coś tam umiesz, ale koniec końców sam chciałeś tym trzasnąć o ścianę i to zrobiłeś. Powiem ci, co mówiłeś na temat samotności: Samotność to taki niewielki pokój. Ciemny. Pokój bez klamek i okien. Pokój, z którego możesz wyjść albo zostać. Jesteś w tym pokoju sam. Nie ma światła, dźwięku, kolorów, ani obrazów. Nie ma drzwi. Problem właśnie jest w tych drzwiach. Można przez nie wejść albo wyjść. Rzecz w tym, że ja wyrwałem te drzwi i zamurowałem po nich dziurę. Tyle że zapomniałem wyjść z pokoju i po prostu w nim zostałem. Bardzo ładnie! Szczerze jestem zachwycony. Co człowiek to definicja, prawda? Zresztą, próbowałeś definiować wiele rzeczy, pojęć, emocji, sytuacji i uczuć, ale te definicje były wydmuszkami, bo przecież sam nie wierzyłeś w te kocopoły, mam rację? W ogóle wiara nie była twoją mocną stroną. Wiesz, mógłbym zrobić ci wykład na początku od Boga, w którego trzeba wierzyć, w którego zresztą wierzyłeś, ale przestałeś. No i to był kryzys wiary. Ogólnie rzecz ujmując: nie wierzyłeś w nic. W siebie, kogoś, świat, miłość, rodzinę, bliskich, kolegów, ale spokojnie. Teraz nie musisz już w nic wierzyć, bo obecna sytuacja tego nie wymaga. W ogóle nie musisz się niczym przejmować, już jest wszystko dobrze. Wyobraź sobie, że ktoś w końcu się nad tobą zlitował i podpiął cię do kroplówki z lekarstwem.

            – Halo! Chwilkę! Dlaczego mówisz w czasie przeszłym?

            – Jak to dlaczego? Ty mnie jeszcze o to pytasz?

            – Tak, pytam i żądam odpowiedzi!

            – To bardzo proste: nie ma już tamtego Przemka, nie ma już tamtego świata, nie ma już tamtego miasta, tamtej miłości, tamtej samotności, a raczej marnego wyobrażenia o niej. Nie ma już bliskich, nie ma już rodziny, nie ma już niczego, co znałeś. Nie ma słońca, nie ma dnia, nie ma nocy, zimy, wiosny, lata i jesieni. Nie ma muzyki, nie ma dźwięku, nie ma kolorów, nie ma niczego, co piękne, ale też nie ma niczego co brzydkie, nie ma przemocy. Jest może żal, ból, strach, smutek. Nie ma też słońca, nie ma księżyca, nie ma planet, nie ma niczego, rozumiesz?

            – Ale dlaczego? – chyba płaczę, ale nie wiem czy ten płacz naprawdę istnieje.

            – Tak właśnie wygląda samotność, mój drogi. To wieczność. Dobranoc.

Przemek Ustymowicz