Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie…nie będzie normalnie

Nastały czasy, gdy boimy się wychodzić z domu. Jeszcze trzy miesiące temu, gdyby ktoś mi powiedział, że cały świat będzie sparaliżowany, wyśmiałabym go. Teraz po pięciu tygodniach siedzenia w domu, bez wychodzenia nawet do sklepu, chciałabym powiedzieć dawnej sobie, by wykorzystała czas spędzany z przyjaciółmi i na dworze.
Te kilka tygodni sprawiło, że moje życie odwróciło się do góry nogami. Zmieniło się wszystko – dawniej przychodziłam do domu jedynie spać i się przebrać, a teraz jest to moje prywatne więzienie. Czuję się jak księżniczka zamknięta w wieży na dziewiątym piętrze, czekając na księcia z bajki ze szczepionką i cudownym lekiem. Niestety jestem już na starcie na straconej pozycji, ponieważ grupa największego ryzyka to „starzy i chorzy” – ja otrzymałam zaszczyt bycia przewlekle chorą z zerową odpornością. Stąd też moi rodzice wprowadzili areszt domowy i stali się moimi strażnikami. Martwią się…

Przez cały okres kwarantanny i obostrzeń staram się nie marnować czasu – codziennie ćwiczę, rozciągam się (ciężkie życie cheerleaderki), czytam, uczę się nowego języka, zaczęłam piec i gotować, wymyślam rodzicom i siostrze różne atrakcje jak przebieranki, makijaże, konkursy, sesje zdjęciowe. Staram się być pozytywnie nastawiona do tego wszystkiego, wykorzystać ten czas na rozwój osobisty i samodoskonalenie, ale jestem w punkcie, w którym naprawdę mi ciężko. Tęsknię za moimi przyjaciółmi i znajomymi, z którymi widywałam się codziennie, choćby na nocnych przejażdżkach samochodem. Księżyc oglądany znad jeziora, odbijający się w jego tafli potrafi naprawdę ukoić duszę i dać uczucie błogiego spokoju po całym dniu bieganiny między studiami, pracą i treningiem… Boję się, że całe moje wakacyjne plany nie wypalą, a jestem typem podróżniczki, która nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu. Tyle podróży może przepaść, tylu miejsc nie będę miała okazji odwiedzić. Jest mi źle na samą myśl. Miałam wielkie plany i nie chcę z niczego rezygnować, jestem chciwa pod tym względem. Staram się nikomu o tym wszystkim nie marudzić, wiem jakie to męczące, bo w końcu nie tylko ja mam takie problemy. Dlatego to też jedyne miejsce, w którym wylewam swoje żale. Za chwilę znowu będę optymistycznie nastawioną dziewczyną, która tańczy i się śmieje w noszonej przez dwa tygodnie bluzie, bo dni się już zlewają.
Wszyscy mówią, że chcą aby to wszystko się wreszcie skończyło. No tak, też tego chcę, ale nasuwa mi  się pytanie – czy aby na pewno wszystko wróci do normalności? Jestem pewna, że zostanie w nas ta obawa przed zarażeniem się, ludzie mimowolnie będą trzymać dystans, ciężej będzie nawiązywać nowe znajomości, bo ludzie będą się po prostu bać. Jestem ciekawa jak to się wszystko rozwinie – czy będziemy już zawsze chodzić w maseczkach tak jak Chińczycy? czy żel antybakteryjny będzie zawsze w naszej kieszeni? czy już nigdy nie wrócimy do podawania ręki lub pocałunku na powitanie? Wszystko się zmieni, być może nawet na lepsze, bo ludzie w końcu zaczną dbać o higienę osobistą jak np. mycie rąk po przyjściu do domu lub zmiana jeansów, w których siedzieliśmy w autobusie na dres przed położeniem się w pościeli (jestem pedantyczna – moi znajomi mają się ze mną ciężko). Te pytania mnie nurtują i sprawiają, że pierwszy raz w życiu mam obawę przed moją przyszłością. Wiadomo, nie można nic zaplanować od A do Z, ale wstępny plan był – dziennikarstwo, podróże, samochody, zostać żoną bogatego faceta haha… Resztę pozostawiałam powiedzeniu „jakoś to będzie”. A teraz? Jak znaleźć męża siedząc w domu? (znów żarcik)…

Chciałabym, by to wszystko się w końcu skończyło, bo opuściła mnie nawet moja wena, gdzie zawsze miałam tysiąc pomysłów na minutę na kolejne artykuły (piszę do Mostów). Jest mi po prostu ciężko do tego stopnia, że założyłam aplikację randkową i zaczęłam pisać z ludźmi z całego świata, by jakoś wbić sobie do głowy, że nie tylko mnie jest tak źle i że to naprawdę sparaliżowało cały świat. To dla odmiany pozytywny akcent w moich katuszach, ponieważ poznałam naprawdę ciekawych ludzi z Maroka, Włoch, Chorwacji, Irlandii. Paradoksem jest to, że wszyscy zapraszają mnie do siebie. Serio? Akurat teraz? Zaproście mnie po otwarciu granic, to pięć minut i jestem spakowana, a rodzicom puszczam piosenkę „You never see me again…”.

No ale nic, nie ma co narzekać bo zawsze może być gorzej – zawsze mogła to być apokalipsa zombie, więc trzeba się cieszyć. Choć patrząc na rok 2020 od stycznia, to jeśli zombie pojawiłyby się pod koniec roku, to wśród tych wszystkich klęsk, już by mnie to chyba nie zdziwiło. Moje pozytywne nastawienie wróciło, bo przecież będzie dobrze, prawda? Musi być!

Wybiła godzina na jogę, więc idę wyzerować swój umysł, uzdrowić duszę i ciało…