Strata (u)czucia

Wraz z początkiem grudnia, rozpoczęła się moja przygoda z popularnym, a dla niektórych wręcz legendarnym wirusem.
Przypuszczenia dotyczące zakażenia potwierdził wynik pozytywny otrzymany przez mojego współlokatora. Dotychczas diagnoza zarażenia koronawirusem była dla mnie nie do końca realną wizją. Starałam się robić wszystko by chronić może nie tyle siebie, co przede wszystkim bliskich. Czarny pijar wokół wirusa, podobnie zresztą jak u innych ludzi, przesłonił mi oczy i pozwolił bać się wyłącznie tej choroby. Nowotwory, miażdżyce, wylewy straciły na powadze przy tej wywołanej Covid-19. Zatem również dbałość o zachowanie wszelkich środków bezpieczeństwa sięgnęła zenitu. Ale stało się…wpadliśmy. Co dalej? Śmiać się czy płakać, panikować czy nie.

W ostatnich dniach listopada współlokator się rozchorował, nie wzbudziło to we mnie szczególnego przejęcia. Sądziłam że to standardowe przeziębienie, które należy przeleżeć i się wykurować. Podobnie jak przeziębienie, choroba ustąpiła po 3 dniach. Niepokój jednak zrodził się gdy 31 listopada, gdy pozornie zdrowy narzeczony oznajmił, że nie czuje kawy którą właśnie mieliłam. W przeciwieństwie do mnie cechuje go stoicki spokój, zatem w obliczu problemu zdecydował się podjąć należyte kroki.

Wiadomość o wyniku pozytywnym przyszła 1 grudnia o 22:58. Choć bynajmniej nas to nie zaskoczyło to jednak byliśmy pod wrażeniem prężnej pracy laboratorium. Do 22:58 wspólnie z narzeczonym zadawaliśmy sobie nawzajem pytania: Co dalej…? Co jeśli…? Na każde odpowiadając smutnym bądź przerażonym grymasem. W obliczu werdyktu testu i tak okazaliśmy się bezsilni. Trudno, teraz kwarantanna. On 10, ja 17 dni. Co robić? Siedzieć i czekać. W następnych dniach choroba dopadła i mnie. Wówczas zrozumiałam opinię profesora Gieleraka, że liczbę zakażonych podawanych w statystykach należy w rzeczywistości mnożyć. Wyjątkowość tej choroby, przynajmniej w moim odczuciu polega na tym, że objawy zmieniają się jak w kalejdoskopie a pojawiają jak na loterii. Wtedy każde odchylenie od zdrowego stanu można potraktować jako objaw Covida.

Po kilku dniach stanęłam na nogi i straciłam węch. Jestem osobą która uwielbia fuzję smaków i poszukiwanie nowych doznań kulinarnych, a każdy smaczny posiłek jest dla mnie ogromną dawką szczęścia. Wówczas gdy zorientowałam się, że utraciłam zdolność czerpania radości z jedzenia doznałam paranoicznego przerażenia. Obsesyjnie chwytałam wszystko co wydala intensywną woń i nie czułam nic.

Przypomniał mi się film, którego reżyserem jest David Mackenzie pt.: Ostatnia miłość na Ziemi. Opowiada o epidemii nieznanej choroby objawiającej się utratą poszczególnych zmysłów zaraz po napadzie jakiejś emocji tj. po rozpaczy tracono węch, po złości słuch etc. Fascynujące jak fikcja przenika do rzeczywistości. To bardzo nietypowe a zarazem niezwykle ciekawe uczucie gdy przy absolutnie czystych nozdrzach i silnej próbie poczucia zapachu nie czuje się nic. Jedyne dla tego stanu, to charakterystyczny ból nosa. Każdy posiłek stał się przymusem, a dopiero skręt kiszek przypominał, że warto dostarczyć organizmowi energii.

Minęło półtora tygodnia od mojej straty i w zasadzie zauważalnie zdolność węchu wróciła. Jednak jest inaczej niż przedtem. Choć lekarz zapewniał, że anosmia ma to do siebie że gdy mija, różne zapachy przetwarza się w inny sposób to zdecydowanie wolałabym jeszcze przez jakiś czasu ów zmysłu nie mieć niż tak się czuć. Mianowicie pewne wonie które dotychczas traktowałam jako przyjemne, obecnie mnie odrzucają. Kawa śmierdzi jak dotychczas przepełniona i podlana wodą popielniczka. Ulubiony płyn do płukania wydaje się pachnieć starym kauczukiem, a każda potrawa smakuje jak zepsuta.

Według specjalisty zarówno mnie jak i narzeczonemu po tygodniu ma się zmysł ten unormować. Zżera mnie ciekawość czy powrót do normalności nie przyniesie za sobą konsekwencji w postaci nieodwracalnej zmiany stosunku do jedzenia. Choć upośledzenie węchu jest ciekawym doświadczeniem, zdecydowanie nikomu tego nie życzę. Pozostaje mi tylko przestrzec Was, drodzy czytelnicy, abyście o siebie dbali i żyli jak najdłużej w zdrowiu.