zaraza sięga aż do mózgu

W pokoju obok mama rozmawia z babcią na wideoczacie stanowczo za głośno. Nie wiem, czy jest świadoma tego, że nie ma w ogóle takiej potrzeby, bo gdyby babcia nie umiała czegoś dosłyszeć, pokręciłaby tylko głośnikiem i już usłyszałaby dokładniej. Nie będę jednak zwracać mamie uwagi. Tak jest też w porządku.

Babcia mieszka sama i martwi nas to, że jest w odosobnieniu. Nie możemy ani do niej przyjechać, ani wziąć ją do siebie, bo dwie osoby z czwórki naszych mieszkańców chodzi do pracy. Co gorsza, jeden z mieszkańców pracuje na pogotowiu. Ryzyko jest zbyt wielkie. Lepiej pozwolić babci się podręczyć w samotności, jakkolwiek bezuczuciowo to brzmi. Ale przynajmniej będzie bezpieczna. Smutna i samotna, ale bezpieczna. A ten stan nie będzie trwać wiecznie, prawda?

Mama fatalnie to przeżywa, bo strasznie kocha babcię, i płacze, bo jak ona sobie tam sama poradzi. Babcia za to odpowiada, że wszystko w porządku i sprawuje się świetnie, czuje się znakomicie, tylko wiadomo, nudno trochę, no i ją nosi. W sensie że szalenie chciałaby wyjść. I wczoraj chciała wyjść tak szalenie, że wyszła. Tylko do apteki, i to na świeżym powietrzu, córeczko! No i mama się wściekła. Przecież ona mówiła, tysiąc razy powtarzała, że jak coś, to ona jej wszystko kupi i zostawi pod mieszkaniem! A babcia, że doskonale o tym wie, ale już nie mogła usiedzieć. Niechże ją córka zrozumie. Duszno tam i czuje się jak w klatce. I z każdym, kogo mijała, utrzymała bezpieczną odległość, tylko jedynie z sąsiadką wymieniła krótkie “dzień dobry”.

***

Wszystkich nas już szlag trafia, ale i tak jest lepiej, niż sądziłam, bo mimo iż siedzimy tu zamknięci, talerze nie latają. Leżą na półce zdezorientowane uroczo,  zachodząc w płaską, talerzową głowę, co też się z nami dzieje. Chyba nie ma nawet o co się pokłócić. O to, że nie posprzątane, raczej nie, bo każdy z nudów sprząta. O to, że czegoś ktoś nie kupił też nie, bo teraz robimy zakupy raz na tydzień ze starannie zaplanowaną listą, więc nie ma jak zapomnieć. Już nawet nie pamiętam, o co się jeszcze kłóciliśmy wcześniej, a przecież dużo tego było.

Tyle dobrze, że mam swojego własnego laptopa w pokoju, więc nie bijemy się już z bratem o komputer jak kiedyś. Słucham sobie wykładów ze studiów. Szkoda tylko, że nie z moich. Znalazłam ciekawsze, z neurobiologii. Jak stąd wyjdziemy, będę się popisywać nabytą wiedzą, wymądrzać i irytować wszystkich wokoło. Jeśli kiedykolwiek stąd wyjdziemy.

***

Usycham z tęsknoty za swoim Miśkiem. Misiek tak się boi tego wirusa, że już do mnie nie przyjeżdża. Jest sto razy bardziej rozważny niż jego wybranka. Wnerwia mnie to. Wolałabym, żeby też nie myślał, tak jak ja, i żeby tu przyjechał, najwyżej się oboje zarazimy, a potem będziemy wypruwać sobie płuca nawzajem, i on przeżyje, a ja najprawdopodobniej zdechnę jak mysz, wijąc się w katuszach. Ale chociaż bym mu dała ostatniego buziaczka.

Nie no, ja wiem, że on ma rację. Dlatego raz się pienię, potem sobie popłaczę, bo dzień bez ryczenia o byle co to dzień stracony, potem mu napiszę esemeska, że go kocham i wtedy go naprawdę kocham i wychwalam niebiosa za to, że on jest tysiąc razy mądrzejszy niż ja. Potem znowu coś mi nie spasuje, może być to cokolwiek, na przykład słońce za słabo będzie świecić, woda w prysznicu będzie za zimna, i wtedy znowu zaczynam się pienić i cały ten proces znowu się powtarza. 

***

Lubię pisać, uwielbiam pisać, nienawidzę pisać. Nienawidzę pisać właśnie teraz, kiedy straciłam możliwość rozmowy wspomaganej spojrzeniem, oddechem, gestem, a w zamian rzucono mi klawiaturę i emotikony. Nie umiem posługiwać się nimi i doprowadzają mnie do szału. Nie chcę pisać ze znajomymi na czacie, nie chcę pisać smsów, ich zniekształcone głosy w telefonie brzmią jednocześnie obco i znajomo, nie wiem czy mi ktoś tych bliskich nie podmienił. Czy to oni siedzą po drugiej stronie ekranu? Chcę zobaczyć ich twarzą w twarz, wpatrzeć się w oczy, usiąść obok i porozmawiać, chcę ich przytulić, dotknąć ich ramion, chcę, żeby to wszystko było prawdziwe i namacalne. Czasami czuję się, jakbym właśnie straciła wzrok. 

Czasami jestem sfrustrowana.

***

W nocy nie zawsze śpię, bo już nie ma dla mnie dnia i nocy, tylko jest jeden ciąg. Kiedy mam księżyc, to on mnie do czegoś popycha i to nie jest spanie. W nocy czuję się jak zdrowy na umyśle powinien się czuć po porannej kawie, myśląc, co powinien teraz ze sobą zrobić. Teraz akurat mamy noc, a ja piszę, i czuję, że powinnam pisać właśnie teraz.  

A kiedy już zasnę i przyjdzie REM, wizje miewam tak abstrakcyjne, jakby udręka tej całej izolacji znajdowała sobie ujście w mojej głowie, w moich snach.